Zaznacz stronę

Zacznijmy od tego, że porządek miałam zawsze. Nie miałam zawalonej gratami podłogi, dało się przejść itd. Inna sprawa ile czasu kosztowało mnie sprzątanie.

Byłam „chomikiem szafowym” (nie umiem tego inaczej określić) – gdzie mogłam upychałam rzeczy, w szafach, na szafach, pod stołami, pod łóżkiem, na balkonie – gdzie się dało coś wcisnąć, tam było coś wciśnięte.

Tak sobie gromadziłam te wszelkiego rodzaju rzeczy, które mogą się przydać i rzeczy, z którymi miałam zamiar coś zrobić w bliżej nieokreślonej przyszłości, bo teraz nie było na to czasu. Jako osoba z milionem pomysłów nagromadziłam tego tyle, że życia mogło nie starczyć, żeby te „przyszłe projekty” skończyć.

Miarka się przebrała wtedy, kiedy kolejny raz wywalałam ubrania z szafy, żeby znaleźć jakąś konkretną bluzkę. Stwierdziłam, że tak nie może być, że muszę coś w końcu z tym zrobić, bo szkoda mojego czasu i nerwów. Poza tym mieliśmy się przeprowadzać i perspektywa przenoszenia tych wszystkich gratów trochę przyśpieszyła cały proces, chociaż mimo wszystko był on rozłożony w czasie. Zaczęłam od pozbywania się ubrań, a później przyszedł czas na resztę.

Od kilku lat jestem szczęśliwa, że skończyłam z „chomikowaniem”. Dzięki temu mam więcej czasu, mniej rzeczy, którymi trzeba się zająć, mniej przedmiotów o których nie pamiętam. Co jakiś czas zdarza mi się jeszcze robić przegląd i pozbywać  niektórych ubrań, ale nie robię tego z przerażeniem  jak było na początku końca chomikowania.

Sprzątanie trawa krócej, ubieram się szybciej. Jeszcze nie było takiej sytuacji w której bym powiedziała – „szkoda, że się tego pozbyłam, to oddałam”. Nie zmierzam do skrajnego minimalizmu, bo nie chcę wpadać z jednej skrajności w drugą. Chcę mieć porządek w domu, ale nie chcę sprzątać „milion” godzin w tygodniu. Teraz sama pomagam „chomikom” rozpocząć proces pozbywania się nadmiaru.